to top

Z dnia perfekcyjnie nieogarniętej mamy

DSC_01 (240)a
20 miesięcy temu…

Na stole biała filiżanka z parującą czarną kawą, której aromat stawia od razu na nogi. Obok niej różowy planer z wypisaną pochyłym pismem   listą „to do”. W głośnikach budząca do życia muzyka. Jest czas na spokojne zjedzenie owsianki z jagodami. A nawet na szybką fotkę tego #morningvibes i #perfectbreakfast na Instagram. Aż żal nie sfotografować, tak pięknie wygląda ta pianka na wierzchu kawy, a jagody ułożyłam na owsiance niby niedbale, ale prezentują się pięknie. No i czerń borówek idealnie pasuje do koloru pióra, którym pisałam plan mojego dnia i najważniejsze spotkania na cały przyszły tydzień. Została jeszcze niecała godzina do wyjścia do pracy, więc dopijam kawę, wkładam brudne naczynia do zmywarki i leniwie udaję się przed toaletkę zrobić makijaż. Podczas wklepywania podkładu odpalam sobie nowy vlog ulubionej youtuberki i zastanawiam po którą paletę cieni sięgnąć. Oczywiście będą to brązy, ale muszę zdecydować czy te bardziej chłodne i matowe, czy może połyskujące i złociste? Całe szczęście, że muszę ograniczać się tylko do tych dwóch wyborów, bo gdyby moja paleta barw była większa, proces decyzyjny trwałby chyba wieki😉 Dobrze, że zostało mi jeszcze sporo czasu, bo przed pracą chciałabym zrobić szybkie zakupy na kolację. Wsiadam do auta i przeklinam jazdę w korkach. Ale to też ma swoje plusy – stanie w zatłoczonej kolejce aut skutkuje tym, że mam czas na przejrzenie instagrama i sprawdzenie poczty. Udaje mi się nawet odpisać na smsa koleżanki i umówić się z nią na szybką kawę po pracy.

W przerwie w pracy, kiedy zajadam sałatkę i popijam białkowy szejk dzwoni moja kosmetyczka i potwierdza jutrzejszą wizytę. Idealnie, nie ma to jak prawie dwu godzinny relaks po którym wygląda się jak nowo narodzony. Przed 16 już mknę ulicami miasta i cieszę się, że udało mi się dziś szybciej skończyć pracę – nie dość, że zdążę ominąć największe korki, to w dodatku przed umówionym spotkaniem z koleżanką pobiegam na bieżni. Uwielbiam zakupy online, ale muszę przyznać, że duże galerie handlowe także mają jeden wielki plus – w jednym miejscu można załatwić praktycznie wszystko – od standardowego ciuchowego shoppingu, poprzez zakup prezentów, kosmetyków, naprawę obcasów, zrobienie zdjęć do dokumentów, wymianę karty bankomatowej, aż po spotkania towarzyskie czy sesję na siłowni. No i zwykle nie trzeba specjalnie długo szukać miejsca parkingowego. Kiedy po godzinie plotek wracam do domu, mój mąż wita mnie i pyta, czy wyskoczymy coś zjeść na mieście. Po całym dniu spędzonym poza domem marzę jednak o tym, aby położyć się obok niego na kanapie, wtulić w jego ramiona i z kieliszkiem proseco w ręku poczytać książkę albo obejrzeć film. Dobrze, że wcześniej zrobiłam zakupy więc szybko przygotuję makaron z pesto. Po chwili już popijamy musujące winko i dojadamy resztki tej szybkiej kolacji i rozmawiamy o tym jak minął nam dzień. Takie leniwe wieczory są idealne…

20 miesięcy później…

DSC_01 (220a)

…..dzwony w pobliskim kościele wybijają sześć razy. Czyli już jest szósta. W duchu uśmiecham się i tańczę taniec radości, bo śpiący obok mnie 9-miesięczy synek zechciał w końcu obudzić się o bardziej cywilizowanej godzinie niż piąta rano. Marzy mi się sen do przynajmniej siódmej, ale i tak cieszę się z tego co mam. Wstałam w nocy tylko 4 razy, co jest sporym sukcesem, bo przez ostatni tydzień, kiedy mojemu królewiczowi wyrzynał się trzeci ząbek, wstawałam chyba z pierdylion razy. Moje rozmyślania przerywają słodkie westchnięcia zwiastujące, że niedługo nastąpi pobudka. Na wszelki wypadek wstrzymuję oddech, zastygam w bezruchu i modlę się, aby nie zaczęło mi burczeć w brzuchu, bo może jest jeszcze szansa, że przewróci się na drugi bok i pośpi jeszcze chwilkę. Niestety, pociera oczka piąstkami i zaraz zaszczyci mnie swoim najbardziej uroczym uśmiechem we wszechświecie. Jak to możliwe, żeby wiercić się całą noc, budzić się 4 razy i wstać tak radosnym i pełnym energii? Tak potrafią chyba tylko niemowlęta. Bo ja, po takiej nocy potrzebuję wlać w siebie wiaderko kawy, a i tak zasnęłabym od razu, kiedy moja głowa dotknęłaby poduszki. Uwielbiam, kiedy jego ciepłe i pulchne paluszki dotykają mojej buzi. Mogłabym tak się z nim turlać wieczność, ale jeśli chciałabym wziąć ultraszybki prysznic i wskoczyć w coś innego niż szlafrok, to właśnie teraz mam swoje pięć minut intymności. Mój mąż właśnie skończył się szykować do pracy i zastępuje mnie w opiece nad naszym królewiczem. Dobrze, że istnieją stylistki rzęs, bo dzięki nim, wystarcza mi odrobina kremu bb żeby wyglądać w miarę znośnie. Aaa, no i z 5 warstw korektora pod oczami😉. Za outfit robią joggersy i top do karmienia – karmienie piersią jest największym udogodnieniem dla mam, jednak ma jeden minus – zawsze należy pamiętać, aby ubrać się w taki sposób, aby szybko przystawić małego ssaka do piersi😉 Mam więc kilka sprawdzonych zestawów ubrań i ostatnie 9 miesięcy wybieram jedynie rozpinane koszule oraz bluzki z meeeeeega dekoltami. No i prawie zawsze ciuchy, do których pasują płaskie buty, bo przecież w ciągu dnia zaliczamy spacer (zwykle z przygodami…).

DSC_01 (244)a

Przy okazji mąż wyręczył mnie przy zmianie pieluchy, która po nocy waży chyba więcej niż mój synek. Na szczęście od jakiegoś czasu możemy zmieniać pieluszkę bez ryzyka obsikania wszystkiego dookoła. Wcześniej każda zmiana pieluszki kończyła się zmianą body, podkładu, skarpetek i wszystkiego co było w najbliższym otoczeniu. Zdarzało się, że i moje włosy dostały mały prysznic… (od tamtego czasu pamiętam, żeby zawsze spinać włosy 😉). Po takiej nocy wypełnionej czuwaniem, karmieniem piersią czuję jak burczy mi w brzuchu. Korzystam z faktu, że moje chłopaki bawią się razem, gotuję kaszę jaglaną i w biegu wypijam kawę. Kroję też owoce z których przygotowuję mus, a ugotowaną kaszę formuję w małe kulki – idealne do rączki małego głodomora. Przyszedł czas na rozstanie z tatą, więc po tych męskich czułościach zaszywamy się z synkiem w kuchni i próbuję przekonać go, że kulki mocy są równie dobre co kaszka. Oczywiście kulki są świetne do zgniatania ich w rączkach, więc cały blat krzesełka do karmienia lepi się od kaszy i gruszkowego musu. Co też mi przyszło do głowy, żeby zaprzątać sobie głowę tym BLW? Kiedy podawałam mu kaszkę łyżeczką zjadał bez najmniejszego sprzeciwu i nawet śliniaczek nie był potrzebny. Nie zdążymy zabrać się za trzecią kuleczką (część oczywiście ląduje na ziemi, we włosach, uszach i wszelkich innych zakamarkach), kiedy mój synek niemal wyskakuje z krzesełka i ciągnie mnie za bluzkę – aha, pora na mleko. Nigdy tego nie zrozumiem, gdzie mu się mieści to mleko zaraz po posiłku?  Chcę skorzystać z pięknej pogody i w myślach planuję trasę naszego spacerku, kiedy czuję, że ssanie mojego synka staje się delikatniejsze, a on sam spokojniejszy. Kiedy spoglądam na jego anielską twarzyczkę, oczka są zamknięte i powoli odpływa w sen. A mieliśmy iść na spacer….Próbuję wstać tak cicho jak tylko się da, aby odłożyć go do łóżeczka. Jak na złość fotel skrzypi i powoduje, że mały ssak zaczyna znowu poszukiwać piersi. I tak, z mlekołakiem uwieszonym przy piersi stoję nad łóżeczkiem i czekam, kiedy po raz drugi odpłynie w sen. Uff, udało się. Jeszcze tylko operacja bezszelestnego odłożenia do łóżeczka, i wygrałam konkurs na bezszelestnego ninję. Niestety, za szybko przyznałam sobie ten status. Ssak ponownie szuka piersi, a ja rezygnuję z ponownego odłożenia go do łóżeczka. W końcu, łóżko jest też dobrą opcją, przynajmniej sama poleżę obok niego i popilnuję, aby nie spadł. Tadaaam! Udało się. Młody śpi, a ja sama najchętniej zasnęłabym przy nim. Ale wygrywa chęć zrobienia czegoś dla siebie i sięgam po książkę. Przy trzecim rozdziale moje oczy robią się równie senne, co oczka mojego synka 40 minut temu. Pozwalam im opaść i odpływam w sen, kiedy miękka rączka synka lekko klepie mnie po twarzy, a chwilę później palec dźga w nos. Tak więc tyle by było z mojej drzemki…

Korzystam z faktu, że młody jest wyspany i najedzony i pędzimy na spacer.  To znaczy taki mam plan, ale zanim wyjdziemy muszę zająć się brudną pieluszką, i przy okazji zmienić poplamione body. Outfity mojego synka są zdecydowanie bardziej wyrafinowane niż moje i przyznaję się do tego, że zastanawiam się czy skarpetki z myszką miki oby na pewno pasują do pasiastej bluzy? Dylematy „matki faszionistki”. Ok, brzuch pełny, pielucha sucha, ubranko czyste – już nic więcej nie powinno nam przeszkodzić, więc wychodzimy. Już dam proces posadzenia mojego synka w wózku sprawia, że jestem spocona. Śpiewam, robię głupie miny, macham kluczami od domu – wszystko to po to, aby odwrócić uwagę synka od faktu, że mocuję go szelkami w wózku. Taki z niego „wolnościowiec”, że nie znosi, kiedy jego swoboda zostaje ograniczona. Kiedy już bezpiecznie siedzi, gnam przed siebie, łudząc się, że bujanie wózka wprawi go w senny nastrój. Po chwili jednak myślę, że przecież niedawno wstał, więc na pewno nie zaśnie. Z moich rozmyślać wyrywa mnie pojękiwanie synka. W sekundę jestem przed wózkiem i sprawdzam co spowodowało jego niezadowolenie. Widok mamy działa jak magnes na jego rączki, które natychmiast, jak przyciągane magnesem, lgną do mnie. Biorę go na ręce i resztę spaceru pokonujemy właśnie w taki sposób – ku uciesze małego, i ku mojemu zmęczeniu😉 Ale to też ma swoje plusy – lato blisko a na siłownię albo chociaż ćwiczenia przed monitorem z Chodakowską czy inną Lewandowską nie ma czasu, to przynajmniej ten marsz z 9-cio kilowym obciążeniem zadba o moją formę do sezonu bikini. W parku mijam inną mamusię, która siedzi na ławce i delikatnie kołysze wózeczkiem, w którym najpewniej rozkosznie śpi maleństwo. „Gdyby mój zechciał tak zasnąć” – marzę. Nie poddaję się jednak w walce o spokojny spacer i podejmuję próbę posadzenia synka w wózku. Ku mojemu zdziwieniu wsiada spokojnie, wpatrzony w sunące ulicą auta. „Nie wszystko stracone” – myślę. I wtedy słyszę jęk niezadowolenia. Próbuję odwrócić jego uwagę i biegnę, szybko pchając wózek. Podziałało, więc wracam do poprzedniego , wolniejszego tempa spaceru. Cieszę się, że jesteśmy już blisko domu, bo nieźle zmęczył mnie ten spacer. Nic dziwnego, w końcu ten spacer łączył w sobie i trening cardio, i interwały i nawet ćwiczenia siłowe z obciążeniem. Najwyższy czas na obiad, więc ładuję synka do turystycznego łóżeczka, tak żeby mieć go ciągle na oku, a sama próbuję stworzyć zdrową, pełną żelaza i witamin papkę odpowiednią dla mojego niemowlaka. Jakie to wielkie szczęście, że on zjada te zielone breje. Cieszę się, że chociaż z jedzeniem nam się udało, skoro ciężko przychodzi nam jazda w wózku czy sen. Zabawę na podłodze przerywa tarcie oczek i wspinanie się na mnie w poszukiwaniu piersi – czyli czas na kolejną drzemkę. Kładę się więc obok mojego małego cuda pijącego mleko, głaskającego mnie po szyi i myślę sobie, że nigdy nie byłam szczęśliwsza. Co prawda udało mi się dziś jedynie wyjść na spacer, uparować kilka warzyw i nakarmić nimi synka, ale jednocześnie widziałam dziś chyba milion jego uśmiechów, niezliczone próby chodzenia przy wszystkim czego mógł się złapać, słyszałam najsłodsze ba-ba-pa-ma-mmmaa na świecie. A to, że zapomniałam wstawić pranie, nie stworzyłam żadnych hiperważnych dokumentów w pracy, nie zjadłam pysznego lunchu z koleżanką w supermodnej knajpce jest naprawdę niczym w porównaniu z tym co dał mi kolejny dzień z moim całym światem.

 

Zdjęcia: Magdalena Śliwińska Fotografia

DSC_01 (230)a

EvelineBison

  • Agnieszka

    Taaak… po urodzeniu Maleństwa wszystko się zmienia… ale w ogólnym rozrachunku in plus;)
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy :)

    14 czerwca 2019 at 12:30 Odpowiedz
  • Kinga

    Ale cudownie ❥

    17 czerwca 2019 at 01:06 Odpowiedz
  • Anna piekneperfumy

    Pięknie i trafnie pokazałaś różnicę przed i po tym jak na świecie pojawia się dziecko:). Nic dodać, nic ująć:). Ale dzieci szybko rosną, czasu będzie trochę więcej;). Kiedyś tam;).

    17 czerwca 2019 at 21:09 Odpowiedz

Leave a Comment